Mówi się, że szczęście lubi ciszę. Zgadzam się z tym. Mało jest na świecie osób, które będą cieszyły się z naszych sukcesów tak jak nasza mama. Dlatego osobiście staram się nie chwalić czymś szczególnym z innymi ludźmi. Generalnie nie mam za wielu bliskich znajomych, można mnie nazwać aspołeczną osobą, nie przejmuję się tym wcale. Bardzo cenię sobie szczere relacje, dlatego zaliczam do nich więź z trzema, może czterema osobami maksymalnie.
Do dziś pamiętam bliską, kilkuletnią przyjaźń. Przyznaję, czułam się dobrze w jej obecności, ale na myśl o tym, że wie o mnie tak wiele, robi mi się niedobrze. Myślę, że nie nawiążę już z nikim takiej relacji. Nie chcę już więcej wylewać z siebie moich sekretów, przykrych zdarzeń, a nawet tych prawdziwie szczęśliwych, bo nie wierzę w szczerość radości z mojego szczęścia. Sama powinnam polegać na sobie, potrafić cieszyć się tymi chwilami w ciszy, lub na odwrót.
W ciężkim czasie nikt nie powinien brać na siebie roli rodzica po to, by mnie pocieszać. Po pierwsze, nikt tego nie będzie chciał zrobić, a po drugie, z czasem to obróci się przeciwko mnie. Ponieważ ta osoba będzie znała mój słaby punkt i w odpowiednim momencie może to wykorzystać. Poza tym nigdy nie mam stuprocentowej pewności co do tego, czy ta osoba szczerze mi współczuje, czy też po cichu ukrywa swoje zadowolenie.
Oczywiście nie jest też tak, że siedzę co weekend sama ze swoją wspaniałością i nikt poza mną nie będzie dobrym towarzystwem. Oczywiście, że mam grono znajomych, ale są to znajomości, które opierają się głównie na tym, by wspólnie dobrze się bawić. Nikt w psychoterapeutę się nie zabawia. Dlatego kac moralny mi raczej nie zagraża. Dobrze jest stawiać sobie pewne granice dla dobra innych, a zwłaszcza dla samych siebie.